Poniedziałkowa pobudka z kotem: Jak przetrwać poranny chaos?

Poniedziałkowa pobudka z kotem: Jak przetrwać poranny chaos?

– MIAUUU!

Otwieram jedno oko. W głowie pustka, za oknem ciemność, a jedyne, co do mnie dociera, to uporczywe miauczenie.

– Dobra, dobra, już idę, ty kocio-żarłoku… – mruczę, idąc do kuchni.

Otwieram szafkę, sięgam po karmę, a kot – jakby to wszystko rozumiał – milknie natychmiast. Wlepia we mnie swoje wielkie oczy w trybie „Tak, człowieku, właśnie to chciałem”.

I wtedy… Widzę to.

Za oknem.
Sąsiad.

Pan Janek z drugiego domu obok. W wyciągniętym dresie i z potarganymi włosami wyglądał, jakby sam przed chwilą wstał z grobu.

I grzebie w moim śmietniku!

Wyciąga jakieś pudełka, obraca w rękach, potrząsa…

Zamykam oczy. Otwieram. On dalej tam jest.

Przez sekundę analizuję opcje:
a) Śpię i to sen.
b) Pan Janek postradał rozum.
c) Ja postradałam rozum.

Wymamrotuję pod nosem:

– No skończony wariat…

Nie myśląc, wypadam na ulicę.

Boso? Nie. Mam na sobie brązowo-mysie kapcie, które dostałam od byłego męża pod choinkę. Mają mysie mordki z przodu, a moje stopy wyglądają, jakby były wciśnięte w dwie ogromne myszy od tyłu.

– No co Pan robi?!

Pan Janek podskakuje jak rażony prądem, w dłoniach ściska moje pogniecione pudełko po pizzy.

I wtedy… z pudełka od pizzy wprost na moje kapcie spada pepperoni.

Patrzę na to. Patrzę na sąsiada. Patrzę na pepperoni leżące na mojej mysiowej stopie.

– Pan mi właśnie podrzucił śmiecia na buta.

– Bo ja… ja… szukam!

– Czego Pan szuka?! Wczorajszej kolacji?!

Sąsiad nerwowo grzebie w kieszeni i wyciąga… kartkę.

– Śmieciarze wywieźli mi kosz! I ja nie wiem, jaka firma go odbiera! No to chciałem sprawdzić na pani rachunkach…

Cisza.

Patrzę na niego. Patrzę na pepperoni na kapciu.

Patrzę na siebie – prawie boso, w piżamie w pingwinki, w kapciach-myszach, na środku ulicy.

Wzdycham.

– Sąsiedzie… Pan się tak nie stresuje, w internecie to wszystko jest.

Odwracam się na pięcie i ruszam do domu.
Sięgam do kieszeni po klucz…

Nie ma.
Nie. Nie, nie, nie.
NIE MA !!!

Kładę rękę na czole.
Zatrzasnęłam się.

Robię głęboki wdech i…

– ANTEEEEK!!!!

Wrzeszczę tak, że drżą szyby.

Efekt? Natychmiastowy.
Zasłony w oknach odchylają się, jedna sąsiadka wygląda przez balkon, ktoś w oddali zatrzymuje się w pół kroku.

Obok przechodzi jakiś gość, rzuca mi szybkie spojrzenie i mamrocze pod nosem:

– Skończona wariatka…

Zamarłam.

To dokładnie to samo powiedziałam o sąsiedzie.
Karma wraca szybciej niż pizza na grubym cieście.
Siadam na schodach, chowam twarz w dłoniach i czuję, jak łzy płyną mi po policzkach. Płaczę, bo to wszystko jest tak absurdalne, że nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

I nagle… TRZASK.

Drzwi się otwierają.
Kot.

Skubany skoczył na klamkę.

Przypomniał sobie, że miał dostać jedzenie.
Czekał cierpliwie, ale nawet kocia cierpliwość ma swoje granice.

Podnosi na mnie spojrzenie w stylu „No, wreszcie ogarnęłaś” i dumnym krokiem, z ogonem w „znak zapytania” wchodzi do mieszkania.
Wstaję, otrzepuję się z resztek godności.

Zza okna słychać znajomy głos:
– Pani, a może by mi pani sprawdziła, jaki numer tej firmy od śmieci?

Nie. Po prostu nie…

Agnieszka Jaworek
Blogerka, mama na pełen etat

Hejka Mamuśki! Mam na imię Agnieszka i jestem mamą na pełen etat – ogarniam codzienność w duecie z moją energiczną dwójką: Wiktorią - małą królową kreatywnych katastrof, i Antkiem (9 lat), ekspertem od klocków LEGO i niekończących się pytań. Na ABC Mamy dzielę się moją codzienną przygodą – tą pełną śmiechu, chaosu, ale i wzruszeń. Piszę o tym, jak to jest być samotną mamą, która czasem balansuje na linie, a czasem po prostu śmieje się z tego, co przynosi życie.

0
Would love your thoughts, please comment.x