Cicho płakałam, żeby jej nie obudzić. O depresji, która ukradła mi macierzyństwo.

Cicho płakałam, żeby jej nie obudzić. O depresji, która ukradła mi macierzyństwo.

Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy po raz pierwszy pomyślałam, że nie chcę żyć. To był dzień, w którym moja Weroniczka skończyła trzy tygodnie. Trzy tygodnie, odkąd powinnam czuć nieopisaną radość. Trzy tygodnie, odkąd powinnam być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ale nie byłam.

Czułam pustkę. Czułam ciężar. Czułam, że utonęłam w oceanie czarnych myśli, z którego nie ma ucieczki. Patrzyłam na moją córeczkę, śpiącą w łóżeczku, i nie czułam nic. A potem czułam wstyd. Wstyd, że nie czuję. Wstyd, że nie potrafię. Wstyd, że zawiodłam.

Karmiłam ją. Przewijałam. Kołysałam. Robiłam wszystko, co „powinna” robić matka. Ale robiłam to jak automat. Bez uśmiechu. Bez czułości. Bez miłości. Bo w środku byłam pusta.

Noce były najgorsze. Bezsenność stała się moim przekleństwem. Leżałam obok śpiącego dziecka i wpatrywałam się w sufit. W głowie kłębiły się czarne myśli. „Nie zasługujesz na nią. Jesteś złą matką. Ona byłaby szczęśliwsza bez ciebie.” Cicho płakałam, żeby jej nie obudzić. Żeby nie wiedziała, że jej własna matka jest potworem.

Nie potrafiłam nikomu o tym powiedzieć. Bałam się. Bałam się, że mnie wyśmieją. Że powiedzą, że jestem niewdzięczna. Że powinnam się cieszyć, bo mam zdrowe dziecko. Bałam się, że odbiorą mi córkę.

Żyłam w kłamstwie. Udawałam, że wszystko jest w porządku. Uśmiechałam się do rodziny i znajomych. Chodziłam na spacery. Robiłam zakupy. Ale w środku umierałam.

Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy od kilku miesięcy poszłam do pracy. Bałam się panicznie. Bałam się, że nie dam rady. Bałam się, że wszyscy zobaczą, jaka jestem naprawdę – pusta, zmęczona, zdesperowana.

Ale musiałam. Potrzebowaliśmy pieniędzy. Mój mąż pracował na dwa etaty, żeby nas utrzymać, ale to nie wystarczało. Więc włożyłam maskę. Uśmiechnęłam się. Powiedziałam, że wszystko jest w porządku.

Atmosfera w biurze była jak zawsze – żywa, pełna energii. Koleżanki pytały o dziecko, o macierzyństwo.

– Jak tam mała? – zapytała Marzena, moja najlepsza przyjaciółka z pracy.

Rośnie jak na drożdżach! Jest taka słodka, że aż chce się ją zjeść – odpowiedziałam, starając się, żeby mój głos brzmiał radośnie.

– To super! A ty jak się czujesz? Wyspana? – dopytywała.

– No wiesz, jak to z dzieckiem… Ale daję radę! – zaśmiałam się, czując, jak gardło mi się ściska.

Wiedziałam, że kłamię. Że wyglądam okropnie. Że w moich oczach widać pustkę. Ale one niczego nie zauważyły. Albo nie chciały zauważyć.

Cały dzień udawałam. Udawałam, że jestem normalna. Udawałam, że jestem szczęśliwa. Udawałam, że wszystko jest w porządku. Ale w środku czułam się jak obca. Jak ktoś, kto obserwuje swoje życie z zewnątrz.

Pod koniec dnia byłam wykończona. Psychicznie i fizycznie. W drodze do domu płakałam. Cicho, żeby nikt nie widział. Czułam, że pękam.

Wiedziałam, że nie mogę tak dłużej. Że muszę coś zmienić. Że muszę zawalczyć o siebie. Dla siebie. Dla mojej córki.

Pewnego dnia nie wytrzymałam. Zaczęłam krzyczeć. Krzyczeć bez powodu. Krzyczeć na dziecko. Krzyczeć na męża. Krzyczeć na cały świat. Mąż był przerażony. Zaprowadził mnie do lekarza.

Diagnoza: Depresja poporodowa.

Usłyszałam te słowa i poczułam ulgę. Ulga, że to nie moja wina. Ulga, że to choroba. Ulga, że można to leczyć.

Terapia była trudna. Bolesna. Wymagała zmierzenia się z demonami przeszłości. Wymagała przyznania się do słabości. Wymagała walki. Ale dała mi nadzieję.

Leki pomogły mi odzyskać równowagę. Powoli, krok po kroku, zaczęłam wracać do życia. Zaczęłam czuć. Zaczęłam kochać. Zaczęłam być matką.

To był długi proces. Pełen łez, zwątpienia i upadków. Ale udało się. Przetrwałam.

Dziś patrzę na moją córkę i czuję wdzięczność. Wdzięczność, że dała mi siłę, żeby walczyć. Wdzięczność, że pomogła mi odnaleźć siebie.

– Mamo, dlaczego czasami płaczesz? – zapytała mnie kiedyś moja córka, kiedy miała pięć lat.

Spojrzałam na nią i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Jak wytłumaczyć dziecku, że mama była chora?

– Pamiętasz, jak byłaś malutka i czasami bolał Cię brzuszek? – zapytałam.

Kiwnęła głową.

– Czasami mama też ma taki brzuszek… tylko w serduszku. I czasami musi popłakać, żeby ten brzuszek przestał boleć.

Przytuliła mnie mocno.
– Kocham Cię, mamuniu – wyszeptała mi do ucha.

I wtedy zrozumiałam, że wszystko będzie dobrze. Bo miłość jest silniejsza od wszystkiego.
Nawet od depresji.

Agnieszka Jaworek
Blogerka, mama na pełen etat

Hejka Mamuśki! Mam na imię Agnieszka i jestem mamą na pełen etat – ogarniam codzienność w duecie z moją energiczną dwójką: Wiktorią - małą królową kreatywnych katastrof, i Antkiem (9 lat), ekspertem od klocków LEGO i niekończących się pytań. Na ABC Mamy dzielę się moją codzienną przygodą – tą pełną śmiechu, chaosu, ale i wzruszeń. Piszę o tym, jak to jest być samotną mamą, która czasem balansuje na linie, a czasem po prostu śmieje się z tego, co przynosi życie.

0
Would love your thoughts, please comment.x