Wiecie co jest gorsze niż dzień, w którym komputer ci się zawiesza tuż przed wysłaniem projektu? Dzień, w którym twoje dziecko postanawia zadać CI pytanie. To pytanie. I to w najbardziej nieodpowiednim momencie.
Czwartek. Normalny dzień. Siedzę na kanapie, sprawdzam maile, przygotowuję się mentalnie do jutrzejszego deadline’u. Spokój, cisza, dzieci zajęte swoimi sprawami. Antek gra w jakąś strzelankę na tablecie (tak, jestem TĄ matką, która pozwala na gry – pozwijcie mnie), Wiktoria układa puzzle. Jestem w błogim stanie „wreszcie mam chwilę dla siebie”.
I wtedy… Antek podnosi głowę znad tableta.
– Mamo, skąd się biorą dzieci?
Telefon wypada mi z ręki. Prawie dławię się kawą. Co? TERAZ? Mój dziewięciolatek postanowił zadać TO pytanie akurat teraz?
– Eee… dlaczego pytasz, kochanie? – próbuję grać na czas.
– Bo Kuba z przedszkola powiedział, że przyniósł go bocian, ale Zosia śmiała się i mówiła, że to nieprawda.
Okej. Spokojnie. Jestem dorosła. Jestem MATKĄ. Powinnam umieć odpowiedzieć na to pytanie. Przygotowywałam się do tej rozmowy… teoretycznie. Gdzieś w głębi duszy. Kiedyś.
– No więc… hmm…
I wtedy Wiktoria, moja czterolatka, wtrąca się z mądrością godną noblisty:
– Głupi jesteś! Dzieci rosną w brzuszkach mam!
Antek patrzy na mnie z niedowierzaniem.
– W brzuchu? Zjadłaś nas?
O matko. O matko. O MATKO.
Zaczynam tłumaczyć coś o nasionkach i jajkach (dlaczego, do cholery, zawsze używamy tych metafor?). Antek słucha przez chwilę, po czym zadaje kolejne pytanie:
– A jak wychodzą z brzucha?
I nagle, jak na złość, mój mózg postanawia przypomnieć mi WSZYSTKO z porodu Antka. Dosłownie WSZYSTKO.
Dwadzieścia godzin. DWADZIEŚCIA GODZIN bólu. Skurcze, które sprawiały, że krzyczałam jak opętana. Pot, krew i łzy. Dosłownie. Kiedy myślałam, że już umieram, pielęgniarka oznajmiła radośnie: „Dopiero 4 centymetry rozwarcia!”.
Pamiętam, jak patrzyłam na ich ojca spojrzeniem mówiącym „zabiję cię za to, co mi zrobiłeś”. A on, ten „wspaniały partner”, próbował mnie pocieszać: „Oddychaj, kochanie, oddychaj”. Jednocześnie sprawdzając powiadomienia na telefonie, bo przecież „szef może dzwonić”. Tak, jasne, szef. Albo ta Aśka z księgowości, która zawsze ma „pilne pytania zawodowe” po 22:00.
Oddychać? ODDYCHAĆ?! Chciałam mu wtedy powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić to oddychanie, ale byłam zbyt zajęta… no cóż, oddychaniem.
A potem, kiedy myślałam, że gorzej już być nie może – zaczęło się parcie. Uczucie, jakby ktoś próbował przepchnąć arbuza przez dziurkę od klucza.
I ten moment, kiedy pielęgniarka krzyknęła: „Widzę główkę!” – a ja pomyślałam: „No chyba nie tę, o której myślę”.
Ale potem… potem usłyszałam ten płacz. Ten pierwszy, malutki, zły na cały świat krzyk. I nagle dwadzieścia godzin piekła przestało mieć znaczenie. Bo na mojej piersi leżało to małe, pomarszczone, czerwone coś. I to coś było najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałam.
I jak ja mam to wszystko wytłumaczyć sześciolatkowi?!
– Mamo? Mamo! Pytałem, jak dzieci wychodzą z brzucha! – Antek wyrywa mnie z transu.
– Przez… specjalny tunel – odpowiadam genialnie.
– Jak w Minecraft? – jego oczy robią się wielkie.
– Tak! Dokładnie jak w Minecraft! – chwytam się tej metafory jak tonący brzytwy.
– Super! – Antek wraca do kolorowania, najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią.
Wiktoria patrzy na mnie podejrzliwie. Ona chyba wie, że ściemniam. Boże, co będzie, jak ONA zacznie pytać o szczegóły?
Wieczorem, kiedy już oboje śpią, siadam na kanapie z lampką wina. Wyciągam telefon i wysyłam wiadomość do mojej przyjaciółki Kaśki.
– Antek pytał dziś, skąd się biorą dzieci – piszę.
– I co mu powiedziałaś? – odpowiada błyskawicznie.
– Że wychodzą przez tunel jak w Minecraft.
Przez chwilę widzę te trzy kropki, jakby pisała i kasowała.
– Serio? 🤣
– Tak. I przypomniałam sobie CAŁY jego poród.
Przypomniałam sobie też, jak ich wspaniały ojciec stwierdził podczas porodu, że „musi wyjść na chwilę zaczerpnąć świeżego powietrza”. Ta „chwila” trwa już prawie osiem lat. Ciekawe, czy to rekord Guinessa w zaczerpywaniu powietrza? Prawdopodobnie właśnie teraz „zaczerpuje powietrza” z jakąś dwudziestolatką na Bali. Przynajmniej tyle wywnioskowałam z jego Instagrama, na który czasem (dobra, często) zaglądam. Ot, tak, z czystej ciekawości. I żeby mieć co przeklinać.
Pamięć o bólu porodu jest jak pamięć o moim ex-mężu – z czasem zaciera się, pozostawiając tylko gorzkie anegdoty, które po wystarczającej ilości wina stają się nawet zabawne.
Kaśka odpisuje:
– Ale dałaś radę! Sama! I to z dwójką! Jesteś superwoman!
Tak, jasne. Superwoman. Ta sama superwoman, która wczoraj zjadła zupę prosto z garnka, stojąc nad zlewem, bo nie chciało jej się zmywać talerza.
Ale gdy patrzę na nich śpiących, te małe istoty, które kiedyś mieszkały w moim brzuchu… nie zamieniłabym tego na nic. Nawet na możliwość wysypiania się czy chodzenia do toalety bez widowni.
I nawet gdy ich ojciec przysyła mi co miesiąc alimenty z dopiskiem „na wydatki dzieci – proszę o rachunki” (jakby myślał, że wydaję je na wycieczki na Bahamy), wiem, że warto było.
Nawet jeśli jutro Antek zapyta, jak te dzieci właściwie trafiają do brzucha. Wtedy chyba po prostu powiem, że przez USB. W końcu pracuję w IT, coś tam muszę wiedzieć o transferze danych, prawda?